O 9-latce, UZI i śmiertelnym postrzeleniu

W USA zdarzył się ostatnio taki niemiły wypadek, w którym zginął instruktor na strzelnicy. Dał 9-latce do ręki pistolet maszynowy UZI, pozwolił oddać strzał ogniem pojedynczym i przełączył na ogień automatyczny (samoczynny). Gdy zaczęła strzelać, nie utrzymała broni w celu, uciekła jej na lewo, prosto na instruktora.

I mamy artykuły, w myśl których znowu w USA rozpoczęła się dyskusja o dostępie do broni.

To oczywiście bzdura, bo taka dyskusja trwa ciągle.

Pojawiają się za to głosy, że broń sobie mogą mieć dorośli, ale nigdy nie powinna być ona udostępniana dzieciom.

Co też jest bzdurą.

Dzieci i broń palna

Dzieci to takie małe stworzenia, które zaczną się bawić wszystkim, co tylko uda im się znaleźć. Ten koncept świetnie wykorzystali twórcy akcji Evolve Together (sami o sobie piszą, że są trzecim głosem w dyskusji o broni w USA), nagrywając poniższy filmik.

Znanych jest szereg przypadków, w których dzieci właśnie zaczynały bawić się znalezioną w szafie u rodziców bronią. Znalazły coś, co znają tylko z filmów i zaczynały się nią bawić tak, jak widzą na filmach.

Czy więc jedynym rozwiązaniem jest chowanie broni palnej w sejfach?

Z pewnością jest to rozwiązanie stuprocentowo skuteczne. Broń w sejfie nikogo nie rani, a nie pozbawi życia. Inna sprawa, że broń sama z siebie też nikomu krzywdy nie zrobi…

Ale jeśli ktoś trzyma broń w domu w celu obrony przed potencjalnym napastnikiem (odnoszę się do warunków amerykańskich, w Polsce przecież broń do obrony miru domowego nie mieści się władzy w głowach — bo do obrony miru domowego służy oczekiwanie na telefoniczne połączenie z policją), to przecież nie będzie jej trzymać w sejfie. Ona powinna być gotowa do użycia w ciągu kilkunastu sekund, bez szukania kluczy do sejfu, jego gorączkowego otwierania w ciemności, itd.

Można oczywiście mieć klucze cały czas w zamku, ale jaki to ma sens wtedy?

Rozwiązania nasuwają się dwa.

Po pierwsze, mieć broń cały czas przy sobie, w wygodnej kaburze, na oku. W dzień to zadziała, ale prędzej czy później nadchodzi taki moment, że trzeba ją z kabury wyciągnąć.

Po drugie, wbijać dzieciakom do głowy, że pistolet to nie zabawka. Że można sobie z niego postrzelać dla przyjemności, ale wyłącznie do nieożywionych celów. Do popera, papierowej tarczy, butelki z oranżadą, arbuza, czy metalowej tarczy biegnącego dzika.

Ale nie do kolegów.

Oczywiście dzieci powinny móc bawić się różnego rodzaju zabawkowymi pistoletami. Polityka zera tolerancji w amerykańskich szkołach (nie wolno tam wnosić nie tylko broni, ale też przedmiotów ją przypominających, choćby kształt pistoletu został wygryziony przez dziecko w herbatniku) jest niemądra. Zabawa w wojnę, policjantów i złodziei, kowbojów i Indian jest czymś normalnym dla dzieciaków.

Ale dzieci powinny bawić się najpierw pistoletami, które nie strzelają niczym, potem pistoletami na wodę, może potem pistoletami na plastikowe kulki (i bawić się z ochroną oczu). Dopiero później wiatrówkami (ale to już tylko strzelanie do celów), bronią bocznego zapłonu i wreszcie bronią palną centralnego zapłonu.

I do każdego kolejnego etapu dzieciak powinien być dopuszczany dopiero wtedy, gdy udowodni, że potrafi się odpowiedzialnie zachowywać na poprzednim.

Przecież nikt nie daje dziewięciolatce samej kierować wyścigowym samochodem czy motocyklem, prawda? Co najwyżej tata ją przewiezie na kolanach samochodem i pozwoli delikatnie skręcać kierownicą. Albo zabierze na gokarty. Albo posadzi na rowerze.

Tak samo powinno być i tutaj — dziewczynka nie powinna dostać do ręki nic, co jest w stanie strzelać ogniem automatycznym. Chyba, że RPK, albo coś w ten deseń.

Ale ta strzelnica ponoć kładła nacisk na fun ze strzelania, na równi z zabawą na wesołym miasteczku. Skutki są takie, jak widać…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *